zawody i imprezy biegowe na Śląsku i blisko Śląska

Biegamy na Śląsku


Od 1 do 42 kilometrów, w ciągu półtora roku. Moja przygoda z bieganiem – cz. 2

Czerwiec 16, 2010, dm

Dziś druga część opowieści o Kamilu, wielkim biegaczu amatorze. Zapraszamy do lektury.

Jeszcze przed latem siostra i szwagier zaczęli biegać. Szybko im zapał przejdzie, wydawało mi się. Ale nie przechodził. Biegali i biegali, a coraz wiecej o tym rozmawialiśmy, bo miałem się za autorytet w tej dziedzinie rzecz jasna.

Czas leciał, przyszedł październik. Ania z Danielem biegli na katowickim Muchowcu w zawodach. Pojechałem z dziewczyną dotrzymać im towarzystwa i trochę dodać fachowych rad. Co ja sobie wtedy myślałem. Przebiegli 7 kilometrów. Z siostry byłem dumny. Dla niej wtedy to był wyczyn, Daniel nawet się nie zmęczył, ma chłopak predyspozycje. Oni biegli, ja czułem jakąś taką dziwną chęć rywalizacji razem z nimi, podniecenie z faktu, że inni biegną, a ja tylko obserwuję. Wśród biegnących nagle słyszę ‚Hej Kamil, może też byś pobiegł z nami’. To mój kolega z tenisa, starszy wysportowany, o znakomitej sylwetce pan, trochę drwiącym tonem, zapraszał mnie na trasę, nie wiedząc chyba, że ja przecież jestem wielkim biegaczem amatorem, tylko w stanie spoczynku. No w końcu ukończyłem półmaraton, prawda.

Pół godziny poźniej, w drodze do domu zadecydowałem, w kwietniu 2010 biegnę w maratonie w Paryżu. Tak właśnie, w maratonie.

Tydzień poźniej formalności zwiazane ze startem były załatwione. Wpłaciłem wpisowe 90Euro, otrzymałem numer startowy (50955), zarezerwowałem hotel. Stałem się jednym z 40 tys. biegaczy co roku biorących udział w tej wielkiej sportowej imprezie.

Butów biegowych nie miałem na nogach prawie pół roku….

Postawiłem przed sobą cel. Odległy w czasie, odległy w zakresie możliwości, ale cel, który wiedziałem, że muszę zrealizować.

Dlatego przygotowania czas zacząć. 5-6 kilometrów 3 razy w tygodniu począwszy od listopada, w grudniu wydłużenie dystansu do 10, Tak, wiem, że plany treningowe proponowane przez wytrawnych biegaczy sugerują trenowanie wytrzymałości, siły, szybkosci, ja postanowiłem przygotowywać się swoim cyklem, wsłuchując się w swój organizm, czując, że siła charakteru zastąpi trochę niedoskonały rodzaj treningu. Przekonałem się o tym rok wcześniej, ile potrafi zdziałać, wewnętrzna motywacja do osiągnięcia celu.

W grudniu wystąpiłem w zawodach, w Rybniku, w Biegu Barbórkowym. 10 kilometrów, ścigając się przez połowę dystansu, z pewnym tak na oko 65 latkiem, nieznacznie, znaczy o dwie minuty, ostatecznie przegrywająć walke o miejsce, no może 280, o ile dobrze pamiętam.

Waga zaczęła spadać. Ważyłem już wtedy około 90 kilogramów. Moje samopoczucie bylo znakomite. Nabierałem coraz większej chęci do pracy w firmie, mój dotleniony mózg mógł dawać z siebie coraz wiecej. No i postanowiłem, alkohol do maratonu dla mnie nie istnieje. Najciekawsze,że wiedziałem, że tego przyrzeczenia dotrzymam. Po prostu, po wieczornych treningach tak wyśmienicie się czułem, że nawet dwa drinki nie byłyby w stanie tego samego zagwarantować.

Tak, to była dobra decyzja. Bieganie to świetna sprawa.

W styczniu regularnie biegałem po 8-11 kilometrów. Ale biegu na 15 km w Mysłowicach nie ukończyłem, zszedłem w połowie, nic mnie nie zmusi do wysiłku, kiedy nie mam z tego przyjemności. Siostra miała pożywkę – ty chcesz maraton przebiec, chłopie?

Zima była ostra w tym roku. Przyplątało sie przeziębienie, 10 dni przerwy. Co prawda zainwestowałem w odpowiedni strój na taką pogodę, soft shellową kurtkę, odpowiednie spodnie, ale jednak, 20 stopniowy mróz raz ze mną wygrał. Inna sprawa, to częste zdziwienie innych, co on robi w taką pogodę. Ależ miałem z tego frajdę. I biegałem sobie po okolicznych miastach brzegami dróg, bo chodniki zaśnieżone zwałami śniegu w tym roku, kolejne kilometry.

W marcu zima ustąpiła. Moje dystanse rosły. 12-14 kilometrów jednnorazowo, w tygodniu starałem się przebiegać około 30 kilometrów. Tempo było szybsze niż dwa miesiące wcześniej, ale niewiele.

Dni uciekały, Paryż wydawał się coraz bliższy. Zaczęłem się zastanawiać, czy to, co robię wystarczy, by dotrzeć do mety. Pojawiła się niepwenośc i delilkatny stres, czy aby nie powinienem więcej biegać. Dasz radę, motywowałem się jednak wciąż.

Pamiętam ten artykuł na którymś z portali dla biegaczy, ” Półmaraton to mniej niż połowa maratonu”. Tak, wtedy pojawiła się prawdziwa wątpliwość, to było około 15 marca. Że też, do cholery, nie czytałem tego wcześniej, pomyślałem.

No dobrze, niewiele mogłem już wtedy zrobić więcej.

Do startu zostały 3 tygodnie. Przyznam, że coraz bardziej bolały mnie ścięgna i piszczele. Silnie, po każdym treningu. Lekarz sportowy mnie jednak uspokoił. Nic panu nie bedzie, zresztą nic pan nie robił przez 10 lat, to proszę się nie dziwić, że coś czasem boli, powiedział po badaniach rezonansem magnetycznym. Ból w tych okolicach to zmora biegaczy amatorów.

Napięcie we mnie rosło, nie da się ukryć. Dam, czy nie dam rady, myślałem o tym w kółko. Czy zniosę 5 godzin wysiłku, czy zdezerteruję, czy jestem dostatecznie wybiegany, czy nie złapie mnie jakiś ból w trakcie biegu, czy nie przytrafi się przed startem jakas infekcja, czy aby nie porywam się z motyką na słońce.

Dwa tygodnie przed startem wybrałem się do specjalistycznego sklepu. Potrzebny mi był zapas energii, by nie odcięło mi prądu na trasie.

Przede wszystkim jednak poszedłem posłuchac rad doświadczonego biegacza, który nie dość, że znakomicie mi, jak się później okazało, wybrał odpowiednie odżywki, także poprawił moje samopoczucie psychiczne, co było mi bardzo potrzebne. Kupiłem żelki energetyczne jeden na 25 kilometr, drugi, żeby wcześniej na treningu zweryfikować, czy aby nie będę musiał podczas maratonu szukać toitoia. Baton energetyczny, na 1,5 godziny przed startem, a także kolejny, który miał być zjedzony po 10 kilometrze. Kofeinę, zażyć miałem pół godziny przed startem oraz na pobudzenie przy już skrajnym zmęczeniu na około 30 kilometrze biegu. Żeby to jakoś wygodnie mieć przy sobie, bo moje spodnie biegowe nie mają kieszeni, nabyłem specjalistyczny pas na biodra, zresztą dziś oceniam, znakomicie spełnił swoją rolę.

No i na 3 godzinki przed startem, na śniadanko, też już miałem składniki. To bardzo ważny element bezpośredniego przygotowania. Płatki z mlekiem, miód, banany – duża miska miała mi dać zastrzyk niezbędnych sił. Ten zestaw przetestowałem rok wcześniej przed półmaratonem.

Dwa i trzy tygodnie przed wyjazdem do Paryża, biegałem 30- 35 kilometrów podczas trzech treningów 10-10-15, w ciągu siedmiu dni. Coraz łatwiej mi przychodziły kolejne przebiegnięte odcinki. Czułem, że nigdy w życiu nie byłem w tak świetnej kondycji. Schudłem do 86 kilogramów. Zapomniałem całkiem jak smakuje whisky.

Powiedz co myślisz...




↑ Top