zawody i imprezy biegowe na Śląsku i blisko Śląska

Biegamy na Śląsku


Od 1 do 42 kilometrów, w ciągu półtora roku. Moja przygoda z bieganiem – cz. 3

Czerwiec 25, 2010, dm

Dziś już trzecia i ostatnia część opowieści Kamila, o tym jak został Maratończykiem.

Wyjeżdżaliśmy w czwartek wieczorem samochodem. Siostra ze szwagrem i mały Olek, moja dziewczyna Ania i ja. Ostatni prawie 15 kilometrowy trening odbyłem 3 dni wcześniej. Żeby nabrać świeżości i głodu biegania postanowiłem końcowe 6 dni przed maratonem wcale nie biegać. Formy jednym czy dwoma biegami nie byłem już w stanie polepszyć, a wiedziałem, że przyda się mi się troszę odpoczynku, by nabrać jeszcze większej motywacji do startu. Tego dnia połknałem polecone przez lekarza tabletki przeciwbólowe, mające dać ulgę moim ścięgnom i piszczelom podczas wysiłku.

paris marathon pakiet startowyW piątek zwiedzaliśmy miasto. Chyba jednak za dużo spacerowałem i to w dość niekomfortowych butach. Stopy mnie pobolewały. Zrobiłem błąd, powinienem chodzić jak najmniej, ale jak tu nie podziwiać Paryża, skoro jest taki piękny.

Sobota 10 kwietnia – dzień tragedii smoleńskiej. Dowiedziałem się, leżąc w hotelowym łóżku.

Pojechałem metrem na Maraton Expo, by odebrać swój pakiet startowy. Poczuć atmosferę imprezy.

Niesamowite, ilu tam było ludzi, zrobiło to mnie wielkie wrażenie. Wszyscy mający do zrealizowania jakiś swój osobisty cel, pewnie ten sam co ja, po prostu dać z siebie wszystko.

Patrząc na niektórych, zastanawiałem się, czy oni naprawdę przyjechali przebiec 42 km 195 m.

Dało mi to troche wiary we własne siły, trzeba to przyznać.

Wieczorem przed startem zjadłem wysoko kaloryczną, ale zdrową kolację we włoskiej restauracji. Ogromna sałatka i lekkostrawne wielkie spaghetti. Myślałem już tylko o starcie.

Jutro miała nastąpić wielka kompensacja. Pomyślałem o swoich pierwszym wyjściu, by biegać….

Spałem dobrze, wstałem 3 godziny przed biegiem. Zrobiłem wszystko, co sobie zaplanowałem i o 8 byłem gotów do wyjścia z hotelu. Byłem nerwowy, bo zabrakło wody. Poprzedniego wieczora kupiłem 4 litry, nic z tego nie zostało. W centrum Paryża to był wczesny niedzielny poranek, sklepiki o 7 godzinie zamknięte, a ja wiedziałem, ze trzeba dużo pić, dlatego mnie wyprowadziło z równowagi te własne niedopatrzenie. Wodę kupiliśmy dopiero w metrze. Zażyłem kofeinę.

Dojechaliśmy na stację Charles de Gaulle Etoile. W tym, narastającym tłumie biegaczy ledwie wyszliśmy schodami na Pola Elizejskie.

Pożegnałem Anię i nie bez kłopotów dostałem się na miejsce startu. Tysiące biegaczy próbowało zrobić to samo. O 8.42 byłem gotowy, by zmierzyć się z sobą. Startowałem w grupie różowej, docelowy czas 4:15. Miałem na sobę kamizelke foliową, która miała zapewnić niewyziębienie organizmu przed biegiem, otrzymałem ją od organizatorów. Widziałem w odległosci około 300 metrów linię startu.

Zawodowcy wybiegli o 8.45. Za nimi kolejne tysiące biegaczy amatorów, w końcu około 15 minut później, zrzuciwszy uprzednio z siebie foliowy worek wystartowałem i ja. Pod nogami w miejscu rozpoczęcia kłębiły się tysiące plastikowych butelek, porzuconych bluz, ocieplających kamizelek, czy skórek z pomarańczy i bananów. Było około 10 stopni, wiało, delikatnie wychodziło słoneczko.

1 km – Plac Zgody, zakręt w lewo, w kierunku rue de Rivoli. Czuję się znakomicie. Rozpiera mnie energia, adrenalina we mnie buzuje. Obok, maratończycy z Brazylii, Irlandii, Meksyku, Finlandii, Niemiec, Hiszpanii, Wegier. To jest niesamowite. Już wtedy wiem, że było warto. A przede mną jeszcze tylko 40 kilometrów.

Zaplanowane miałem pić wodę co 5 kilometrów, nawet gdybym, nie miał uczucia pragnienia, jeść, co 10 km banany, oraz to wszystko co, miałem przypięte do pasa, zgodnie z załozeniami, o których napisałem wcześniej.

7 km – biegnę już 40 minut, myślę, przede mną jeszcze 17, 27, 37…, sporo. Podziwiam piękno Paryża…

Juz na starcie czuję, że powinienem jeszcze skorzystać z toalety, udaje mi się dopiero na 10 kilometrze, pod drzewem.

10 km – czas 1 godz 5 minut, jest nieźle, biegnę wciąż z uśmiechem na twarzy.

11 km – zaczyna mnie boleć lewa kostka. Czemu, przecież wziąłem tabletki przeciwbólowe.

Wbiegamy do Bois de Vincennes.

15 km – tyle biegałem na najdłuższych treningach, dziś wcale nie czuję zmęczenia. Zjadam do końca pierwszego batona. Kostka właściwie przestaje dawać mi się we znaki. Teraz w dół, z powrotem do centrum. Wkrótce zobaczę rodzinkę, myślę, mają na mnie czekać w okolicu Wieży Eiffela, na… 29 kilometrze.

20 km – znowu w centrum, wokół tysiące kibiców, Słyszę krzyki Allez Kamil, Allez, aż chce się biec. Nie zapominam o wodzie.

21,2 – półówka za mną. 2:15 jest świetnie, biegnę wciąż swoim, równym tempem, wybieganym na treningach. Nic mnie nie boli. Przypominam sobie swój stan po ubiegłorocznym półmaratonie

25 km – myślę o spotkaniu na 29 kilometrze… Czuję w sobie niesamowitą radość, że jestem już tak daleko, a wcale nie odczuwam zmęczenia. Poraz pierwszy kiełkuje we mnie myśl, że mam szansę… W końcu do przebiegnięcia tylko… 17 km

26 km – mija mnie grupa na 4:30

27 km – wciągam energetyczny żel, biegnę wzdłuż Sekwany, przed chwilą minęliśmy Notre Dame, zaczynam rozglądać się i szukać bliskich.

29 km – po lewej Wieża Eiffela. Nie widzę żadnej znajomej twarzy. Może przegapiłem?

Potem dowiedziałem się, że nie spodziewali się mnie tam, tak wcześnie

30-31 km – podobno tu zaczyna się kryzys. Piję wodę, drinka energetycznego, zjadam pół pomarańczy i czuję, że powoli ubywa mi sił, mimo zastrzyku energetycznego.

32 km – jest trochę pod górę, nie wiem czemu, ale zaczynam przechodzić do marszu, tak na chwilę, i znowu bieg,

34 km – biegnę i maszeruję na zmianę,

35-38 – więcej maszeruję niż biegnę, nie mam już siły, jesteśmy w Lasku Bulońskim.

Zaczyna brakować dłuższego wybiegania na treningach. Wiem już, ukończę maraton!

39 km – idę szybkim krokiem, wielu obok mnie również. Zaczynam się cieszyć.

40 km – a może bym pobiegł? Jeszcze tylko 2 kilometry. Naprawdę nie mam czym.

41- 42 jestem w euforii, najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Ostatnie 500 metrów – szukam wśród kibiców rodzinki, popłakuję ze szczęscia

42 km 1955: 02 :55maratończyk !

Po kilku minutach gratulują mi moi kibice. Chyba nie dowierzali, że dam radę. Jestem taki dumny.

Dwa dni po starcie ważę 83 kilogramy, tyle co w liceum.

Minął prawie miesiąc. Przeżyłem najpiękniejszą przygodę swojego życia. Udowodniłem sobie, że stać mnie na więcej, niż myślałem. Ta myśl daje mi w życiu wielkiego kopa Mogę więcej, szybciej, dalej.

Jeśli chcecie też przebiec maraton, a nie wiecie jak się do tego zabrać, piszcie makul1978@gmail.com

1 to “Od 1 do 42 kilometrów, w ciągu półtora roku. Moja przygoda z bieganiem – cz. 3”

  1. Krzysztof pisze:

    nie mam słów!!! mogę tylko podziękować za wielką motywację dla mnie!!! DZIĘKUJĘ :)



Powiedz co myślisz...




↑ Top